Szwecja, emigracja, północ, Piteå, Norrbotten, Laponia

poniedziałek, 29 maja 2017

Reklamy w skrzynce

Na wielu skrzynkach pocztowych w Szwecji znajdują się naklejki lub znaczki z napisami, że dziękujemy za reklamy (np. na naszej: ingen reklam, tack!). I dotychczas żadnych reklam nie dostawaliśmy.

Tyle, że ja uwielbiam promocje i pomyślałam sobie, że chcę je dostawać. Zakleiłam wczoraj znaczek, że ich nie chcemy i postanowiłam sprawdzić, kiedy listonosz się zorientuje, że zmieniliśmy zdanie w tej kwestii.

Po szkole otworzyłam skrzynkę... pełną gazetek, ze wszystkich sklepów w okolicy. 

Zupełnie jakby ktoś tylko czekał, kiedy zakleimy ten znaczek. Powiem Wam, że to jest dopiero szacunek do decyzji klienta!

W PL też miałam naklejkę, że nie chcę reklam, ale generalnie, osoby je roznoszące miały to w głębokim poważaniu ;) 

Z drugiej strony, co się dziwić, skoro kandydaci do wszelkiej maści: rad gmin, powiatów, sejmików, z parlamentem krajowym na czele - ludzie, którzy chcą stanowić prawo - również nie mieli szacunku do mojej decyzji i wrzucali mi swoje fotki i CV - zupełnie jakbym agencję HR prowadziła.

sobota, 27 maja 2017

Nie szukajcie problemów - szukajcie rozwiązań!

W porównaniu do mnie T. jest sportowcem wyczynowym. Moje nieudolne jeżdżenie na nartach i wolne bieganie jeszcze jakoś przełknął. Regularnie jednak dochodzi między nami do sprzeczek kiedy jeździmy rowerami.

Zwykle w soboty wybieramy się na wycieczki rowerowe (bliższe np. na zakupy lub dalsze do sąsiednich miejscowości).

I jak tak jedziemy (nie razem, bo on pędzi, a ja sunę z tyłu za nim) nie szczędzimy sobie złośliwości. 

Kiedyś patrzę, że czeka na mnie, podjeżdżam uśmiecham się i zaczepnie pytam, czy się zmęczył, a on mi na to (całkiem poważnie), że chciałby zauważyć, że nie po to się bierze rower, żeby na nim jechać w tempie chodzenia. Kawałek dalej było pod górkę (on nie ma przerzutek w starym rowerze, który bierze jeżdżąc ze mną (?), więc go doganiam i pytam: co tak wolno? Czasem zadaję też odważne pytanie: czy moglibyśmy przez chwilę poudawać, że nie bierzemy udziału w wyścigu? ;)

Potem, w domu T. analizuje jak to jest, że w Warszawie jeździłam tak szybko, a tutaj tak wolno. Więc spokojnie tłumaczę, że Warszawa jest położona na Mazowszu, które z kolei leży na NIZINIE Mazowieckiej i że jak to na nizinie, jest tam płasko, co znacząco ułatwia sprawę. Ponadto Mazowsze nie leży (jak Pitea) nad morzem, z tego też względu, w Warszawie z rzadka miałam silny wiatr przeciwko sobie, a jak po całym dniu zwiedzania wracaliśmy na Pragę, to całą drogę było z górki, bo centrum Warszawy zbudowane jest na gruzach dawnego miasta i dlatego jest wyżej niż Prażka, więc nie trzeba dużo wysiłku, aby jechać szybko.

T. jako człowiek, który nie drąży problemów, ale szuka rozwiązań - zamówił dzisiaj TANDEM ;)

czwartek, 18 maja 2017

Szwedzki dla obcokrajowców

Zaczął się mój kurs językowy, na który długo czekałam.

Pierwszego dnia mieliśmy spotkanie organizacyjne, było na nim wielu uczniów i wszyscy nauczyciele. Zostaliśmy poinformowani o podstawowych zasadach panujących w szkole i oprowadzeni po niej. Dla uczniów są dwie sale, w których mogą spędzać czas na przerwach. Jedna to taki przyjemny salonik z ekspresem do kawy i herbatami, a druga to w pełni wyposażona kuchnia (z kuchenką, lodówką, zmywarką, kilkoma mikrofalówkami, naczyniami, garnkami itd.). Jest też pomieszczenie do modlitwy dla muzułmanów. Pokazano nam gdzie można: parkować auto, rower i gdzie można, a gdzie nie wolno palić (palić nie wolno przy wejściu do budynku i pod oknami). Uprzedzono nas, że ze względu na to, że ktoś może mieć alergię - nie należy do szkoły używać w ogóle perfum i wód kolońskich, a lakierów i dezodorantów tylko, gdy nie mają mocnego zapachu. Z tą zasadą już w kilku miejscach się tu spotkałam.

Ta duża grupa pierwszego dnia była bardzo zróżnicowana: etnicznie, wiekowo i pod względem potrzeb. Obok mnie siedział pan (obstawiam, że pochodził z Afryki Północnej), który znał tylko język arabski, więc nie rozumiał ani po szwedzku, ani po angielsku (szybko któryś z chłopaków z Syrii mu pomógł i przetłumaczył), a kiedy mieliśmy coś podpisać okazało się, że ten pan nie umie pisać. I jakoś tak mnie to uderzyło, bo jedną rzeczą jest wiedzieć teoretycznie, że są takie miejsca na ziemi, gdzie ludzie nie mają dostępu do edukacji, a czymś innym jest poznać kogoś takiego. Wyobrażacie sobie jak ciężko jest żyć w "naszym" świecie bez umiejętności pisania i czytania?

Nauczycielki są tu wspaniałe i nic dla nich nie było szokiem, a w każdym razie nie dały tego po sobie poznać. Podobało mi się, że tak fajnie, bez ocen i zdziwienia reagowały: nie znasz angielskiego tylko np. somalijski - OK znajdziemy kogoś, kto ci przetłumaczy, nie umiesz pisać - OK załatwimy to jakoś inaczej. 

Szkoła ma ok. 150 uczniów uczących się języka szwedzkiego, ale ma też inne kursy np. właśnie czytania i pisania, matematyki, takich podstawowych przedmiotów. Wydaje mi się, że jest przygotowana na realizowanie wielu potrzeb obcokrajowców. 

Potem zostaliśmy podzieleni na mniejsze grupy. Znalazłam się w grupie Kukułek, a była jeszcze grupa Łosi! W sumie z dwojga złego wdzięczna jestem losowi za Kukułki. Później zobaczyłam, że są jeszcze grupy Sówek, Głuszców i Czapli, ale to już na wyższym poziomie. 

Może kukułki dlatego, że na początku trzeba powtarzać, powtarzać i powtarzać.

c.d.n.

sobota, 13 maja 2017

Bajgle

Są takie rzeczy na świecie, których nie sposób nie lubić. Są też takie, które kojarzą się z jakimś konkretnym miejscem i dobrymi czasami. Dla mnie i jedno, i drugie zamyka się w doskonałym kształcie koła:
 
Tymi dobrymi czasami są moje pobyty w USA, a żeby zabrzmiało jeszcze bardziej światowo - powiem, że jest to dla mnie smak Nowego Jorku! Pamiętam do dziś maleńką, śniadaniową knajpkę, w której jadłam je tam po raz pierwszy wraz z moją koleżanką Martą. 

Potem wyskakiwałyśmy po nie głównie z mamą i siostrą. Kupowanie bajgli i wybieranie do nich pasty to jedna z tych małych, ale jakże ważnych dla zdrowia psychicznego, życiowych przyjemności.

Brakowało mi ich kiedy wróciłam ze Stanów. Po jakimś czasie pojawiły się w pierwszym w Polsce Starbucksie, a potem moja przyjaciółka odkryła je w piekarni, w Marks&Spencer.

Dziś natomiast - odnalazłam ten smak w małym, prowincjonalnym miasteczku Pitea, na samym końcu świata! 

Wiosny może nie ma, ale życie stało się cokolwiek znośniejsze...

czwartek, 11 maja 2017

Recykling po Szwedzku

Kiedy mieszkałam w Polsce starałam się segregować śmieci. Robiłam to od samych początków, gdy ta idea dopiero się u nas rodziła. W czasach pionierskich zdarzały się zabawne epizody. Kiedyś, jeszcze na studiach, pod wpływem zajęć z psychologii środowiskowej, namówiłam koleżanki, z którymi mieszkałam – do segregowania śmieci. Zbierałyśmy osobno: papier, plastik i szkło. Trwało to kilka tygodni, a potem się okazało, że w Lublinie nie ma nigdzie śmietników do segregowania, choć były już wtedy w moim rodzinnym mieście, jak również w jeszcze mniejszej miejscowości mojej koleżanki, która miała samochód, co przesądziło o tym, że nasze odpadki wylądowały właśnie tam.

Tutaj w mieszkaniu mamy 4 kosze: na papier i metal i in., na plastik, na odpady biologiczne i na śmieci ogólne (czyli takie, których nie da się do niczego innego zakwalifikować). Moim pierwszym spostrzeżeniem dotyczącym śmieci, było to, że bardzo rzadko wyrzucamy ogólne i to głownie dzięki temu, że mamy osobny kosz na odpadki bio, których jest naprawdę dużo.

Nasz osiedlowy śmietnik to taki czerwono-biały szwedzki domek, w którym są dwa pomieszczenia, a w każdym z nich okienka na różne odpadki. Okienek jest więcej niż koszy w naszym mieszkaniu. Są śmietniki na: zepsute sprzęty kuchenne, na baterie, na żarówki, małą elektronikę, szkło jasne i ciemne, papier miękki (np. gazety) i twardy (np. kartony), plastik, bio i ogólne. 
okienko do ogólnych


Ogólne nie są jasno (jak dla mnie) opisane więc jak poszłam pierwszy raz z nimi na śmietnik – to nie wiedziałam, do którego okienka je wrzucić, wyrzuciłam wszystko inne, a z tymi wróciłam.







W instrukcji do mieszkania znajduje się oczywiście instrukcja jak segregować śmieci i można się dokształcić.
o tym kiedyś pisałam,
 to instrukcja co robić ze zużytym olejem



W ogóle instrukcja do mieszkania to fajna rzecz, bo przecież to, co jest oczywiste dla Szwedów może nie być oczywiste dla mnie, a to, co jest oczywiste dla Europejczyków – może nie być oczywiste dla osób pochodzących z innych rejonów świata. Taki, na ten przykład, przeciętny Amerykanin – największy producent śmieci na świecie – w ogóle nie zadaje sobie trudu, aby segregować. Chyba, że coś się w tym względzie zmieniło. Jak ktoś wie lepiej, niech pisze :)

Jeszcze ciekawsze od tego, że tutaj segregowanie jest oczywiste – jest to, że Szwecja przetwarza więcej niż 99% śmieci. Gazety przerabiane są na papier, opakowania plastikowe są przetapiane na masę plastikową (z której np. powstają reklamówki), z odpadków bio powstaje biopaliwo; rzeczy, których nie da się przetopić np. porcelana, płytki ceramiczne, są wykorzystywane np. przy budowie dróg.

W 2015 r prawie 2 ½ mln ton śmieci zostało w Szwecji przerobionych na energię, a ponad 1 mln śmieci Szwecja nawet importowała z innych krajów. Przy tym przetapianie i palenie śmieci jest całkowicie bezpieczne dla środowiska naturalnego.

W tym kraju hasło ze śmieciarek z mojego rodzinnego miasta: z nas jeszcze coś będzie - nabiera sensu!



czwartek, 27 kwietnia 2017

Pierwsze koty za płoty!

Podczas pobytu w Polsce, kiedy Warszawa rozkwitała wiosną i wszędzie królowała cudna świeża zieleń - moje dwie koleżanki namówiły mnie na rozpoczęcie kolejnego sezonu biegowego – tzn. żeby była jasność – poprzedni sezon biegowy zakończyłam jakieś 2 lata temu. Biegałyśmy w interwałach, z super aplikacją, która co rusz entuzjastycznie wykrzykiwała do nas: good job! Zachęcona tą przygodą postanowiłam kontynuować tutaj. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie tutejsza depresyjna szarość, czasem śnieg, a czasem urywający głowę, sztormowy wiatr. W tych ekstremalnych warunkach udało mi się nawet 3 razy pobiegać.

T. z kolei co tydzień jeździ do rodziców, aby w ich mieście brać udział w biegu na 5 km. Jest to bieg o długiej tradycji, sięgającej lat 60-tych, jest organizowany przez 7 kolejnych wtorków w kwietniu i maju. W każdy wtorek są 4 starty, zaczynając od godziny 16.30 (trasa jest dla każdej grupy taka sama). Jak wróciłam z Polski to T. akurat był po pierwszym biegu z tej serii, więc zapytałam jak mu poszło. Powiedział, że nienajlepiej. Dopytywałam dalej: czy musiał zejść z trasy, czy coś się stało, ale nie, okazało się, że po prostu był drugi… i miał gorszy czas, niż się spodziewał… Biedaczek.

W tym tygodniu zaproponował, abym i ja wzięła udział w tym biegu, żeby się sprawdzić i zacząć obserwować postępy. Na bieg nie trzeba się wcześniej zapisywać, można po prostu przyjść, zapłacić opłatę startową, pobiec i zostać gwiazdą lokalnej prasy. No to pobiegłam.

Trasa biegu wiedzie wokół rzeki i przez dwa mosty. Taki tam sobie bieg, na zachętę do uprawiania sportu, dla amatorów... i niby nikt nie walczy o wyniki, ale jeszcze przed pierwszym mostem całkowicie straciłam z oczu peleton. Sądziłam, że jak wbiegnę na most to może jeszcze kogoś zobaczę, ale gdzie tam! Nie bardzo wiedziałam, gdzie biec dalej (trasa nie jest oznaczona, bo organizatorzy nie przewidzieli najwyraźniej, że będą uczestnicy aż tak odbiegający kondycyjnie od reszty). Były trzy możliwe drogi. Właściwą wybrałam tylko dzięki temu, że tata T. przed biegiem powiedział, że za mostem może mi być ciężko, bo jest pod górkę. No nic, wbiegłam jakoś pod tę górkę, a tu dalej peletonu ani widu, obejrzałam się, czy może jest ktoś za mną, ale    z a   m n ą   n i k o g o   n i e    b y ł o …

Przeżywałam kryzys duchowy, trochę traciłam fighting spirit i wtedy przypomniałam sobie, jak moja koleżanka z pracy mawiała, że tak to jest, że na szczyt się idzie w pojedynkę i tak mnie to w tej mojej beznadziejnej sytuacji rozśmieszyło, że postanowiłam biec dalej. W tym moim żółwim tempie, zupełnie sama, ale biec, nie zatrzymywać się. 

Jak wbiegałam na drugi most - zobaczyłam T. i jego tatę, jak biegli w moim kierunku. Pomachałam do nich i rozłożyłam ręce, zupełnie tak, jak przy tryumfie na mecie robią to Kenijczycy. Powiedzieli, że do mety jest niewiele ponad kilometr i że dam radę. Wiadomka! 

T. chciał ze mną biec, ale moje tempo pozwalało mu zaledwie na szybki marsz. W międzyczasie powiedział, że dzisiaj był pierwszy.

Razem dobiegliśmy do mety (tzn. on już drugi raz tego dnia). Na tym ostatnim kilometrze przyszedł niespodziewany sukces – wyprzedziłam dwie osoby, ale te osoby nie miały takiego ducha walki jak ja i postanowiły z jakiegoś powodu nie pokazywać się na mecie (?). Tym samym dobiegłam ostatnia. 

Jaka radość tam panowała (prowadzący pewnie chcieli już iść do domu, a tu musieli na mnie czekać, dodam, że braliśmy udział w ostatnim biegu tego dnia), speakerem był dawny nauczyciel T., były reprezentant Szwecji w narciarstwie, więc jeszcze na koniec mu pogratulował i mi też oczywiście, ale jakoś tak jakby chłodniej.... Potem wracał z nami. Pewnie myślał tak samo, jak ja, że to takie romantyczne: jedno pierwsze, drugie ostatnie – dobrana para!

Myślałam, że T. się będzie trochę wstydził, ale gdzie tam – dumny był, że się nie poddałam. A dzisiaj z radością mi pokazał, że w klasyfikacji generalnej było 10 osób z gorszym czasem niż mój. Jak na początku wspominałam są 4 biegi każdego dnia, my braliśmy udział w ostatnim, więc pewnie w tych wcześniejszych wystąpiły jeszcze większe "talenty" :)

Powiem Wam, że fajnie być ostatnią na mecie. Po pierwsze ta świadomość, że jednak się nie poddałam, po drugie ludzie serio chcą iść do domu i autentycznie cieszą się, że w końcu dotarłaś, po trzecie jak byłam ostatnia to następnym razem już może być tylko lepiej, bo przecież gorzej być nie może ;)


mój wynik
wynik T. (on mógłby w moim czasie tę trasę przebiec 2x)



Balenciaga vs. Ikea

Kiedyś to podróbki były tańsze ;)